Notatki Filmowe

Mało profesjonalny blog filmowy ;-)

A Lonely Place To Die

Brytyjski thriller, (film akcji?) na całkiem niezłym poziomie. Na samym wstępnie naprawdę niezła muzyka, świetne ujęcia szkockich gór, no i tytuł, trzeba przyznać dość chwytliwy.

Pierwsze wrażenie naprawdę bardzo dobre, później całość troszkę opada, nie jest jednak źle. Na początku oglądamy zdjęcia szkockich gór, ludzi wiszących na linach setki metrów nad ziemią. Sporo wysiłku, masa całego osprzętu do wchodzenia, czy też schodzenia z niemalże pionowych ścian. Wstęp wprawia więc w pewien nastrój, rzuca trochę światła na klimat filmu. Tutaj można się jednak nieco pomylić, w filmie zobaczymy coś więcej niż tylko wspinaczkę czy historię przyjaźni kilku osób.

Zaczyna się zwyczajnie, grupa alpinistów wspina się w górach. Wkrótce docierają do górskiej chaty, a tam dołączają kolejne osoby. Podczas dalszej wędrówki przez górzysty teren znajdują zakopaną w ziemi skrzynie… w skrzyni mała Annę.

W tym momencie zaczyna się właściwa historia. Nietrudno się domyślić że cała grupa postanawia Annie pomóc, są nawet dość zgodni co do podjętej decyzji. Sytuacja nie jest łatwa, teren w którym się poruszają nie należy do najłatwiejszych a dziewczynka jest wycieńczona i znacznie spowalnia grupę. Tu jednak cały dramatyzm dopiero się zaczyna. Anna nie mówi po angielsku więc nikt nie jest wstanie się z nią porozumieć. W zasadzie jedyne co powiedziała to własne imię. Jakby tego było mało okazuje się że odnaleziona Anna jest niezwykle cenna dla pewnych ludzi, na tyle cenna że są oni gotowi dla niej zabić. Zaczyna się więc swoista walka o przetrwanie, przetrwanie w trudnym terenie z małą Anną.

Przez długi czas nie wiadomo o co dokładnie w filmie chodzi, dwoje ludzi ściga grupę alpinistów którzy starają się pomóc Annie, nie ma jednak wyjaśnienia dlaczego ktoś jest gotów zabić za dziecko które znaleźli. Bohaterowie całej historii również starają się jakoś nad tym nie zastanawiać a ich głównym celem jest wezwanie pomocy. Najbliższa wioska wcale jednak nie jest tak blisko, a droga do niej jest nadzwyczaj trudna, w zasadzie z dzieckiem wręcz nie do pokonania. Wszyscy robią więc co tylko mogą aby dostać się do wioski, jednocześnie walcząc o życie własne i Anny, mamy więc zabawę w łowcę i zwierzynę.

Całość ogląda się naprawdę przyzwoicie, brakuje może jakiś kontrastów między postaciami, wszyscy zdają się być do siebie niezwykle podobni, są dość zgodni, a prócz ironicznego dogryzania sobie na wzajem większe konflikty się nie pojawiają. Trzeba przyznać, że da się w filmie odnaleźć pewną naturalność, wszystko wygląda niczym z dokumentu, z trudem w całej historii daje się odnaleźć jakieś absurdalne decyzje, bezsensowne sprzeczki i tym podobne wypełniacze których w tego typu produkcjach zazwyczaj nie brakuje. W ciągu całego filmu jest kilka znaczących zwrotów akcji, troszkę wyjaśnień, ale też masę pytań, scenarzyści niewiele podali na tacy.

A Lonely Place To Die trzyma w napięciu, z pewnością nietrudno dotrwać do końca, w filmie cały czas coś się dzieje. Zdjęcia ukazują piękno szkockich gór, muzyka dopełnia całość, fakt mogłaby być nieco lepsza. Można by się doczepić do kilku ujęć niczym z horroru, chyba zbędny efekt, nic nie wnosi a troszkę wybija z tropu. Głowni bohaterowie nie wydają się być z sobą bardzo związani, to troszkę działa na minus, brakuje szczegółowego wykreowania postaci.  Na szczęście takich błędów w filmie niewiele, giną dość szybko na tle całości.

Film z pewnością jest wart poświęconego czasu, odbiega troszkę schematem od tego typu produkcji, to jednak działa tylko na plus. Warto zobaczyć chociażby dla  całkiem niezłych zdjęć i dość przyjemnej muzyki.

  • Zdjęcia

 

Lodowa groza – Ice Road Terror

Film jest zdecydowanie tym czego nie warto oglądać. Słowo gniot byłoby nawet pochlebne, widywałem lepsze gnioty.

Ciężko się doszukać czegokolwiek na plus, muzyka jest wręcz śmieszna, ciężko to nawet nazwać dźwiękiem. Gra aktorska sporo poniżej średniej, cała historia jakby o niczym, a efekty specjalne mieli lepsze już w latach 70′

Jednym słowem kompletne dno, omijać z daleka. Jest wiele kiepskich filmów o podobnej tematyce, a i tak są lepsze od tego co przedstawił Terry Ingram.

Wersety zbrodni – Murder of Crows

Telewizja publiczna zaproponowała coś co nazwali thrillerem, całość podali oczywiście o wdzięcznej godzinie 00:30… czemu nie, obejrzałem.

Film wyreżyserował Rowdy Herrington, muszę przyznać że nieznany mi reżyser. Ale źle nie było… Historia bardzo dobrego prawnika który boryka się z własną moralnością, a właśnie przez tą moralność zostaje pozbawiony prawa do wykonywania zawodu. Postanawia więc zaszyć się w małym miasteczku i napisać książkę… Dalej już tylko tajemniczy nieznajomy, duże pieniądze, oskarżenia, śledztwa i szukanie prawdy.

W roli głównej Cuba Gooding Jr. (filmowy Lawson Russell), kojarzyłem go zawsze z przeciętnymi produkcjami w których tak samo przeciętnie grał. Tak było i tym razem, zagrał zwyczajnie, na swoim poziomie. Ani źle, ani dobrze, nie dał nic widzowi poczuć, ale też jakoś nie zniechęcał, nie odpychał. O pozostałych rolach jakoś ciężko pisać, w zasadzie wszystko kręciło się właśnie wokół Russella.  No, może warto zwrócić uwagę na Marianne Jean-Baptiste (filmowa Elizabeth Pope), jednak w filmie było jej na tyle mało, że raczej nie zapada w pamięci.

Realizacja również pozostawia troszkę do życzenia, słaba scenografia, raczej kiepska muzyka, całość troszkę średnio spasowana. Sporo kontrastów, jedna scena zrobiona nad wyraz dobrze, a zaraz następna kompletnie absurdalna, mało realna. To niestety w oczy kuło. Historia jednak była na tyle ciekawa, wciągająca że film dało się spokojnie obejrzeć.

Na początek można się przyczepić do kiepsko rozwiniętego wątku moralnego, był jakby gdzieś na szybko wklejony w film. Niespecjalnie zbudowało to obraz głównego bohatera, pozostały niestety tylko domysły i własna wyobraźnia. Później było już lepiej, nie dużo lepiej ale jednak. Pojawia się troszkę całkiem niezłych zwrotów akcji, a wątki stają się bardziej rozwinięte, dają lepszy obraz całości. Niestety znajdzie się też masa niedopracowanych scen, absurdalnych pomysłów i mało inteligentnych decyzji głównego bohatera.

Co ciekawe Rowdy Herrington jest zarówno reżyserem jak i scenarzystą filmu, trudno więc oprzeć się wrażeniu, że o ile scenariusze pisze świetne, o tyle reżyseria idzie mu co najwyżej przeciętnie.

Całokształt można jednak ocenić dość dobrze, po obejrzeniu filmu trudno się pozbyć pozytywnego wrażenia. Wersety zbrodni zwyczajnie widza wciągają, historia pozwala wybaczyć dość wiele. W mojej ocenie produkcja mimo wielu błędów jest godna polecenia.

Wyścig z czasem – In Time

Powiedzenie czas to pieniądz jest chyba tak stare jak sam pieniądz. Rzecz w tym że w In Time można to zrozumieć dosłownie. Andrew Niccol (reżyser), przenosi nas do niedalekiej przyszłości gdzie jedyną walutą jest właśnie czas. Okazuje się, że czas można kupić, można go stracić, a co najgorsze można ukraść.

I jak to w życiu bywa istnieją bogaci i biedni. Will Salas (Justin Timberlake) należy niestety do tej drugiej grupy, co rano budzi się z zapasem 23 godzin, by móc przeżyć kolejny dzień musi zdobyć jedyną uznawaną walutę: czas. Pewnego dnia spotyka bogatego nieznajomego który przekazuje mu ponad wiek, a sam popełnia samobójstwo. Will zostaje niesłusznie oskarżony o zbrodnie, bierze więc zakładniczkę Sylvie Weis (Amanda Seyfried) i ucieka przed policją. Podczas ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości oboje zakochują się w sobie i postanawiają wypowiedzieć wojnę istniejącemu systemowi.

Można więc pogratulować dobrego pomysłu na film, szczególnie że całość zmusza do myślenia. O ile w naszych czasach da się żyć nawet na pokaźnym minusie, to w scenerii In Time już nie. Nie da się więc wydać więcej niż się ma, a mało kto jest skory do dzielenia się czasem. Szczególnie że czas oznacza życie, w zasadzie o walce z życiem jest film, o tym że każda sekunda jest najcenniejszym czym się ma. Biedni zwyczajnie umierają, bogaci żyją wiecznie.

Bo co oznacza stracić wszystko? Wszystko oznacza życie, a utrata choćby sekundy oznacza sekundę życia mniej. Film pokazuje więc że pieniądz w zasadzie jest wart tyle co nic, że dobra materialne na niewiele się zdają, że najcenniejsze jest życie, a dla życia człowiek zrobi wszystko. Nie trudno więc się domyślić, że mamy też tych złych, złodziei czasu którzy okradają człowieka nawet z ostatnich minut życia. Całość prowadzi więc do pewnego paradoksu; im bogatszy jesteś, więcej czasu masz, tym bardziej się o życie boisz. Film ukazuje więc dwie strony, bo kto nie chciałby żyć wiecznie, jednak nigdy nie wiadomo po której stronie barykady los nas postawi. Może się okazać, że walka o życie będzie się toczyć każdego dnia.

Gdzieś pomiędzy tym wszystkim jest doskonale wpleciona, akcja, tytułowy wyścig z czasem. Andrew Niccol pokazał że potrafi zrobić niezłe kino sensacyjne. Całość osadzona może w scenerii pozostawiającej troszkę do życzenia jednak najgorzej nie jest. Warto zwrócić uwagę na czas przyszły w filmie. O ile dobrze pamiętam w żadnym momencie nie było podanej daty, czasu akcji. Jednak można się domyślić że wszystko dzieje się niedalekiej przyszłości. I tak nie zaznamy w filmie laserowych broni, obrazów wyświetlanych w powietrzu, latających pojazdów ani naddźwiękowych teleportów. Da się jednak zauważyć że samochody ewoluowały i cała drobna technika ruszyła troszkę z kopyta. Jest więc realnie, na tyle realnie aby film można było poczuć. Owszem, są momenty gzie wszystko wygląda dość tanio, da się do tego przyczepić, na szczęście źle nie jest, można to wybaczyć.

Justin Timberlake w mojej ocenie wcale nie wypadł tak źle jak sieć huczy, nie wiem czy wynika to z niechęci do jego osoby, ale trudno mi się do niego doczepić z perspektywy filmu. Oczywiście do Pacino sporo mu brakuje, ale czy zaraz wszyscy muszą być rewelacyjni? Amanda Seyfried radziła sobie nie gorzej, nie ma co ukrywać z pewnością nadrabiała urodą (wybaczcie, facetem jestem), jednak wcale nie było źle, było nawet dobrze. Mam wrażenie że ta parka nieźle wpasowała się w film. In Time nie jest kinem z jakiejś górnej pułki, więc i gra aktorska najwyższych lotów nie była. Wiem, brzmi śmiesznie, ale całość zwyczajnie jest zrobiona dobrze.

Jedyne co troszkę razi… kreacje, sukienki, obcasy. Owszem oko cieszy ;-) tylko jakoś trudno mi sobie wyobrazić ucieczkę na kilkucentymetrowym obcasie prze środek miasta. Byłem pełen podziwu dla scen biegu w tej obcisłej sukni, z tymi mega obcasami. Oj to mi chyba w pamięć zapadnie.

Całość jest naprawdę nieźle spasowana, akcji jest na tyle aby widz się nudził, fabuła pozwala w tym wszystkim odkryć coś więcej niż tylko kolejną amerykańską bajkę. Warto tez wspomnieć o muzyce, była naprawdę dobra Craig Armstrong zdecydowanie się przyłożył.

Film jest raczej godny polecenia, nie należy się jednak spodziewać kina wysokich lotów. Jeśli tylko ktoś lubi niezłą akcje z odrobiną fantastyki to z pewnością się nie zawiedzie.

  • Zdjęcia

 

Cierń – Splinter

Jedna z produkcji o której z czystym sumieniem można powiedzieć jedno: dno. Starałem się coś w tym filmie zobaczyć (dosłownie i w przenośni), ale raz że nie ma on żadnej, choćby podstawowej głębi, a dwa… zupełnie nic nie widać.

Głębie kompletnie pomijam, powiedzmy że można podejść do tematu jak do średniego filmu dla zabicia czasu ;-) Niestety, nawet przy tak ignoranckim podejściu z filmu nie da się nic wycisnąć, kompletnie nic.

Co do technicznej strony… cóż, w filmie faktycznie nic nie widać. Efekty specjalne są beznadziejne, całość kręcona w taki sposób aby widz za wiele nie zobaczył, dodatkowo kamerzysta panikuje razem z bohaterami więc obraz biega po całym ekranie i nie sztuka zanim nadążyć. Szczerze powiem, że muzyki nawet nie pamiętam, zastanawiam się czy w ogóle jakaś była. Nie ma więc efektów, nie ma muzyki, wszystko lata po całym ekranie… może więc aktorstwo? No niestety nie. Główni aktorzy to Shea Whigham, Paulo Costanzo, Jill Wagner – obsada nie jest więc z górnej półki, to i cudów się nie spodziewałem… i też cudów nie było. O ile Shea Whigham sobie jakoś poradził, fakt miał najciekawszą rolę, to cała reszta grała już tylko poniżej średniej. Widziałem co prawda gorzej zagrane filmy, ale biorąc pod uwagę całość, to przynajmniej grą można było ten film ratować.

Fabuła jak to w tanich horrorach, nic wyszukanego. Polly (Jill Wagner) i Seth (Paulo Costanzo) postanawiają uczcić swoją rocznice, wybierają się wiec na biwak. Niestety problemy z namiotem zmuszają ich do noclegu w motelu. Pech sprawia że już w drodze trafiają na kryminalistę (Shea Whigham) który zmusza ich do wspólnej podróży. Ich podróż nie trwa jednak zbyt długo, zostają uwięzieni na stacji benzynowej atakowani przez tajemnicze stworzenia.

Jest więc historyjka jakich w horrorach można spotkać wiele, do tego troszkę potworków i stacja benzynowa na odludziu. Dało by się jeszcze to przetrzymać gdyby nie cała masa absurdów (co by nie napisać idiotyzmów). Widzimy więc scenę w której wszyscy są śmiertelnie przerażeni, po czym chwile później spokojnie obserwują sobie wędrujące części ciała, ze stoickim spokojem się zszywają, amputują kończyny, wywołują pożary… Robi się więc całkiem wesoła komedia. Jedynym plusem jest chyba zakończenie, po za tym niewiele da się w filmie odnaleźć.

Szczerze nie polecam, no chyba że ktoś chce zmarnować półtory godziny życia.

  • Zdjęcia

 

Kret

Oj głośno się wokół tego filmu zrobiło. Było coś o ekstraklasie, że rarytas, że genialny. Jednym słowem cała masa ohów, ahów i innych zachwytów.

Niestety nie znalazłem tego wielkiego wow w samym filmie, odnoszę wrażenie że   całość zwyczajnie była przereklamowana. Bardziej natomiast interesuje mnie to kto tak pięknie lansuje to nasze kino? Widzowie? Ci jak daje się przynajmniej w sieci zauważyć nie są aż tak zachwyceni. Skąd więc wzięły się te wszystkie pełne zachwytów recenzje? Póki co jest to dla mnie zagadką i pewnie długo jeszcze tak pozostanie

W każdym razie nie to jest najważniejsze. Film zły nie jest, jest nawet dobry. Borys Szyc zagrał wyśmienicie, trudno jednak nie odnieść wrażenia że Marian Dziędziel go przeskakuje… może nie o głowę ale jednak.

Bynajmniej pierwsza godzina filmu sprawia wrażenie nieźle spasowanej. Mamy rozbudowany wątek rodzinny, ukazane realia zarabiania na chleb i jako motyw przewodni lustrację. To właśnie wokół lustracji cały film się kręci.

Paweł Kowal (Borys Szyc) wraz z ojcem Zygmuntem (Marian Dziędziel) rozkręcają wspólny interes. Wydaje się, że wszystko jest na dobrej drodze i całość zaczyna się układać. Niestety pewnego dnia w gazecie ukazuje się artykuł który godzi w dobre imię ojca. Odbija się to na wspólnych interesach i małżeństwie Pawła z Ewą (Magdalena Czerwińska). Paweł widząc bezradność ojca postanawia za wszelką cenę odkryć prawdę i rozpoczyna własne śledztwo. Wkrótce okazuje się, że wszystkie tropy prowadzą do tajemniczego człowieka powiązanego z SB.

Fabuła nie jest więc najgorsza, buduje niezły grunt pod dobre kino. Niestety, wszystko idzie dobrze przez pierwszą godzinę. Później całość zaczyna jak gdyby zwalniać, można odnieść wrażenie że robi się nudno – no może najgorzej nie jest, film jednak zdecydowanie traci poziom.

Na porządne zakończenie też nie ma co liczyć, jest zwyczajnie… nijakie, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że psuje film. Po napisach końcowych czuje się lekki niedosyt, najgorsze jest to że film jest dość dobry, a jednak zdecydowanie czegoś w nim brakuje. Jednym słowem wielki potencjał został zmarnowany, a szkoda bo mogłoby być zdecydowanie lepiej… wtedy ekstraklasa… kto wie.

  • Zdjęcia