Notatki Filmowe

Mało profesjonalny blog filmowy ;-)

Huśtawka

Dramat rodzinny Tomasza Lewkowicza. Historia zdrady i miłości, chociaż miłości w tym filmie raczej niewiele. Za to całkiem sporo jest rozchwiań emocjonalnych i kompletnego niezdecydowania głównych bohaterów.

Michał (Wojciech Zieliński) ma żonę Annę (Joanna Orleańska) i córkę Justynę (Maja Plasota). Wrażeń mu jednak zbyt mało bo za plecami Anny regularnie spotyka się z Karoliną (Karolina Gorczyca), ta oczywiście wymusza na nim odejście od żony. Cała sytuacja nie jest jednak tak prosta, a Michał staje przed trudnymi wyborami.

Typowy dramat obyczajowy. Troszkę płytki jednak, po takim gatunku można by spodziewać się nieco głębszych emocji. Temat przewodni został przedstawiony dość dobrze, cała otoczka jednak już tylko pobieżnie. Brakuje zagłębienia się w emocje, psychikę postaci. Być może reżyser chciał wymusić na widzu trochę przemyśleń jednak nie specjalnie jest skąd je czerpać. Anna jest osobą która ceni sobie rodzinę i poukładane życie, stara się utrzymać małżeństwo i jest gotowa do poświęceń. Michał jako dojrzały jednak rozchwiany emocjonalnie mężczyzna który nie specjalnie wie czego chce. Karolina natomiast jest przeciwieństwem Anny, wywiera spory wpływ na Michała a ten zachowuje się jak chorągiewka na wietrze.

Tych zachwiań w filmie jest dość sporo, ale chyba tytuł je tłumaczy. Są one jednak dość płytkie, oparte tylko na surowych faktach mniej na emocjach, to raczej minus filmu. Plusem natomiast jest sceneria i muzyka. Widać też dużą zabawę kamerą, operator troszkę się wysilił, niekiedy ujęcia są delikatnie przekombinowane ale nie biją tym po oczach. Dużo zabawy światłem, głownie w ujęciach wewnątrz domu. Całość daje poczucie dobrze zrealizowanego filmu, przynajmniej pod kątem technicznym. Scenariusz niestety działa na minus, można było wycisnąć troszkę więcej głębi. Plusem natomiast jest rola Karoliny, fajna postać i zagrana na przyzwoitym poziomie. W grze Wojciecha Zielińskiego i Joanny Orleańskiej widać troszkę sztuczności, nie było jednak najgorzej.

Na pójście do kina szkoda pieniędzy, w TV można film obejrzeć jako ciekawostkę, niestety w pamięć raczej nie zapadnie.

  • Zdjęcia

Colombiana

Olivier Megaton (reżyser) chyba kupił scenariusz przez internet płacąc za niego smsem. Ten z kolei napisali Luc Besson oraz Robert Mark Kamen. Sądząc po ich dorobku mają spore doświadczenie w pisaniu sensacyjnych głupot z naciskiem na maksymalne uproszczenie fabuły. Spokojnie można obejrzeć początek i koniec filmu, reszty da się domyślić. Colombiana jest istną krzyżówką Rambo, z Karate Kid. Na jednego widza w kinie przypadało chyba pięć karabinów maszynowych i co najmniej dwie dziewczyny z nogami do samej ziemi. Rzecz jasna aktorzy chodzili z minami na styl Stallone. Jak by tego było mało sądzili chyba że skoro zrobią wredne miny to już grać nie muszą, bo wyraz twarzy wyrazi wszystko czego widz oczekuje.

Cataleya Restrepo (Zoe Saldana) już od najmłodszych lat wykazuje niespotykany wprost spryt. Jest też szybsza od całej bandy kolumbijskich mafiozów więc kiedy jeden z nich zabija jej ojca postanawia się zemścić. No i mści się przez całe półtory godziny filmu. Cataleya wyrosła na piękną kobietę, a sztukę zabijania opanowała do perfekcji. Stała się szybsza od niejednego olimpijczyka, potrafi strzelać z dwóch karabinów naraz a w walce wręcz pokonała by pewnie Jacki Chana. Oczywiście jej głównym celem jest mafiozo który zlecił zamordowanie jej ojca, nie potrafi go jednak odnaleźć więc kolejno morduje wszystkich kolumbijskich przestępców którzy tylko jej się nawiną.

Aby powstrzymać falę zbrodni do akcji wkracza policja, FBI, CIA, S.W.A.T i kolumbijska mafia. Nietrudno się domyślić że Cataleya jest sprytniejsza więc z łatwością pokonuje wszelkie przeciwności losu i w końcu dociera do swojego celu. FBI przez cały film jest bezradne bo mimo techniki komputerowej z przyszłości agenci nie są szczególnie rozgarnięci. Śledztwo prowadzą według książkowych metod a wszystkie fakty zakładają z góry. Do tego warto dodać że mimo przyszłościowych komputerów monitoring jest raczej z przed epoki, a kratki wentylacyjne w celach nie są w żaden sposób zabezpieczone. Tym sposobem powstaje zlepek absurdów i dziur w scenariuszu.

Jedyne co można pochwalić to nie taką najgorszą muzykę, montaż i efekty specjalne. Te były całkiem niezłe chociaż pewnie nie zapadną w pamięć. Film w którym nad wyraz piękna zabójczyni sama pokonuje chyba z setkę mafiozów wydaje się śmieszny i absurdalny. Aż dziw bierze że ktoś to jeszcze produkuje. Dojrzewającym chłopcom pewnie się spodoba, piękne kobiety, tona amunicji a od czasu do czasu jakieś boom. No cóż, co kto lubi – osobiście raczej odradzę tę produkcje. Zwyczajnie szkoda czasu.

  • Zdjęcia

 

Burza z krańców ziemi – Solstorm

Przyjemny będzie raczej złym słowem, ale z pewnością godny uwagi. Delikatny thriller w fantastycznej scenerii. Historia opiera się na wątku kryminalnym jednak w filmie próżno szukać pościgów, mordobicia i strzałów z karabinów maszynowych. Można za to pozachwycać się śniegiem i nieźle spasowaną muzyką.

Historia dość prosta, czysto kryminalna. Wszystko toczy się wokół morderstwa Viktora (André Sjöberg). Rebecka Martinsson (Izabella Scorupco) stara się pomóc oskarżonej o morderstwo przyjaciółce Sannie (Maria Sundbom). Dodatkiem do całości jest wątek religijny bo zamordowany Viktor był przywódcą sekty.

Rebecka przyjechała do miasteczka po 7 latach na prośbę Sanny. Spotyka więc wielu przyjaciół po latach, a nie wszyscy darzą ją sympatią. Historia jest więc nieźle ubarwiona, a jak dorzucić do tego małomiasteczkową sektę to robi się już niezwykle ciekawie. Mimo tych scenariuszowych zawiłości film w stonowanym klimacie bez zbędnych bajerów, wypełniaczy czasowych i urozmaiceń. Reżyser (Leif Lindblom) doskonale sobie poradził, stworzył kino które nie nudzi a kolejne fakty pojawiają się w idealnych momentach. Dzięki temu całość nieźle wciąga i nie męczy. Warto dodać że scenariusz oparty na motywach powieści Asa Larssona, i trzeba przyznać że jest to niezły materiał na film.

Cała produkcja może nie jest jakaś górnolotna. Gra aktorska na kolana nie powala, muzyka jest niezła, ale tylko niezła. Sceneria za to wiele podciąga. Faktem jest że w tym przypadku pomysł na film został dobrze wykorzystany, Szwedzi udowodnili po raz kolejny że potrafią zrobić kino bez wielomilionowego budżetu. I to kino na całkiem niezłym poziomie.

Solstorm można spokojnie polecić, a jeśli ktoś ma dość przekombinowanych produkcji nastawionych na akcje to będzie to idealna pozycja na deszczowy wieczór.

  • Zdjęcia

Trójkąt – The Triangle

Ponad 4 godziny kina o zjawiskach paranormalnych, a dokładniej o Trójkącie Bermudzkim. Fani z Archiwum X nie powinni być zawiedzeni, dobrze zrealizowany film w niezłym klimacie. Fakt, brakuje Muldera i Scully ale przecież nie można mieć wszystkiego.

Tematyka oczywiście dobrana wyśmienicie, zjawiska paranormalne plus Trójkąt Bermudzki to wprost idealne połączenie. Historia ciekawa, wciągająca, rzecz jasna z dużą ilością niewyjaśnionych zjawisk. Minusem natomiast są efekty, ale tylko te bardziej skomplikowane więc da się to wybaczyć. Przydałoby się również film troszkę skrócić, sporo niewiele wnoszących wypełniaczy. Po za tym jest naprawdę ciekawie. To produkcja w której chęć poznania dalszych wydarzeń zaciera wszelkie błędy i niedociągnięcia.

Osaczony – Hostage

Prawie dwie godziny kina akcji. Akcji która od pierwszych scen wygląda niezwykle dobrze. Ujęcia zaraz po napisach początkowych są naprawdę niezłe, zapowiadają konkretny film z świetną fabułą. Niestety, bardzo mylne wrażenie.

Wstęp do filmu na wysokim poziomie. Bruce Willis jako negocjator, do tego z całkiem niezłą brodą. Świetne ujęcia, niezłe dialogi kilka strzałów i tak dalej. Szkoda tylko że zaraz po tym wstępie wszystkie bierze w łeb. Poziom spada drastycznie w dół i robi się mieszanka Rambo z Szklaną pułapką.

Jeff Talley (Bruce Willis) jest policyjnym negocjatorem. Niepowodzenie ostatniej akcji odbija się jednak na jego życiu osobistym i postanawia opuścić Los Angeles. Wraz z żoną (Serena Scott Thomas) i zbuntowaną córką (Rumer Willis) przenosi się do małego miasteczka Bristo Camino. Zostaje tam szefem policji, powoli układając sobie życie na nowo. W pewien poniedziałkowy dzień wszystko się zmienia. Grupa młodych porywaczy wdziera się do domu pewnego bogacza, z zamiarem kradzieży auta. Sytuacja jednak szybko się komplikuje a dom jest istną twierdzą. Jak się okazuje nie tylko policji zależy na szybkim opanowaniu sytuacji. Właściciel domu jest ważniejszy niż się spodziewano, a Jeff zostaje wciągnięty w niebezpieczną grę.

Teoretycznie przyzwoicie, jednak cała realizacja i masa błędów logicznych burzy wszystko. Można odnieść wrażenie że w pewnym momencie Bruce Willis przestaje tam pasować, a zdecydowanie lepiej do roli nadawałby się Sylvester Stallone. Szkoda bo mogło być całkiem dobrze. Świetna sceneria, odludzie, góry, kawałek drogi i bajeczny dom wśród skał. Dom futurystyczny, który totalnie nie został wykorzystany. Masa punktowego światła, półmroki, cienie – marzenie operatora. Ale co z tego skoro zrobiono z tym dokładnie nic? Krajobraz też jakoś umknął reżyserowi (Florent Emilio Siri) kilka ujęć na krzyż to troszkę zbyt mało, a było co i gdzie filmować.

Fabuła też zawiera masę idiotycznych błędów. Kiepsko rozwinięty wątek właściciela domu (w tej roli Kevin Pollak). Niby ważna postać ale dlaczego? Co dokładnie wie i dlaczego inni są gotowi za niego zabić? Tego można się dowiedzieć jedynie szczątkowo, a cały film wokół tego się kręci. Policja też wydaje się niezbyt rozgarnięta jak na dzisiejsze standardy, w zasadzie to niewiele robią. Naustawiali masę mrugających wozów przed domem i zdają się czekać aż wszystko rozwiąże się samo. Hollywood przyzwyczaiło przecież widza to pełnego profesjonalizmu gdzie można podejrzeć działania operacyjne władz i zachwycać się szybkością i sprytem działania mundurowych. Tu odwrotnie, szef policji który nawet nie dowodzi akcją zdaje się być bogiem i wszystko robi sam niczym Rambo w Wietnamie. Taki rozwój wydarzeń wieje tandetą na kilometr, co oczywiście na ekran się przekłada dość wyraźnie.

Poziom rozgarnięcia porywaczy można wybaczyć. To nastolatkowie więc mają prawo mieć nie poklei w głowie i podejmować idiotyczne decyzje. Postać jednego z nich; Dennisa (Jonathan Tucker) nieudolnie wykreowano na jakiegoś satanistę. Niby silna osobowość, własne poglądy, nieprzewidywalność. Zazwyczaj idzie to w parze z inteligencją, w tym filmie jakoś nie. Miał on chyba wnieść trochę w rozwój akcji a wniósł tylko odrobinę śmiechu i kilka głupawych scen.

Rzecz jasna Bruce Willis podciąga cały film, ale nawet jego dobra gra niewiele zmieniła. Osaczony z nim czy bez niego nadal jest mocno średnim kinem akcji bardziej dla nastolatków, mniej dla dojrzałego widza. Produkcja nastawiona na efekciarskie kino policyjne, fabułę gdzieś tam pominięto, zdjęcia potraktowano jako dodatek do całości a Willisowi pewnie zaproponowano role żeby było kogo na okładkę wstawić. A początek się tak ładnie zapowiadał… no szkoda.

Dla chcących zmarnować dwie godziny życia mogę podpowiedzieć że film jest na Iplex. Można więc obejrzeć i wyrobić sobie własne zdanie.

  • Zdjęcia

Istota – Splice

Genetyczna pierdoła. To tak na wstęp i w dużym skrócie. Niezły materiał na film i niestety całkiem nieźle zmarnowany. Pierwsze minuty dają nadzieję na przyzwoite kino, szkoda tylko że z każdą minutą jest coraz gorzej.

Para naukowców prowadzi badania genetyczne, prócz problemów czysto technicznych muszą zmagać się z tymi natury etycznej i własną moralnością. Ich ambicja doprowadza do stworzenia istoty bardzo inteligentnej i podobnej do człowieka. Ze względu na przepisy prawa sukces Cliva (Adrien Brody) i Elsy (Sarah Polley) musi być utrzymywany w ścisłej tajemnicy. Całość komplikuje fakt że im szybciej istota się rozwija tym trudniej nad nią zapanować.

Nie trzeba być znawcą kina aby zauważyć że materiał na film jest całkiem dobry, dałoby się z takiej historii wiele wycisnąć. Problem w tym, że próba wplecenia moralności w film rozmyła się dość szybko. W zasadzie tylko początek coś konkretnego o tym aspekcie wspomina, później już tylko mniej znaczące wzmianki które zdają się być dla widza niezauważalne. Trudno więc powiedzieć aby produkcja Vincenzo Natali (reżyser) miała jakąkolwiek głębie. A przecież tak niewiele było trzeba aby film był czymś więcej niż tylko kiepskim science fiction.

Fakt, między wydarzeniami czysto biologicznymi są ukazane relacje głównych bohaterów, szkoda tylko że w dość płytki, wręcz liniowy sposób. Postacie Cliva i Elsy wykreowane są dość średnio, historia w żaden sposób nie powala, wręcz niewiele wnosi. Ich życie prywatne da się sprowadzić do typowej pary która czasem się kłóci, głównie o macierzyństwo, a w związku wyraźnie dominuje kobieta. W zasadzie trudno dowiedzieć się czegoś więcej. Niby w tym nic złego bo nie o tym film, jednak relacje pary naukowców wyraźnie wpływają na losy tytułowej istoty, aż się prosi aby sprawę nieco skomplikować, wykreować.

Godne uwagi są natomiast efekty, wszelkie stworzenia sprawiają wrażenie dość naturalnych i zmontowanych całkiem profesjonalnie. Istotę o imieniu Dren zagrała Delphine Chanéac, łatwo jej pewnie nie było, jednak poradziła sobie naprawdę nieźle. Adrien Brody oraz Sarah Polley troszkę drętwo, momentami sztucznie. Cała produkcja mocna średnia, więc i aktorzy stopili się z tłem. Chociaż trudno się w tym jakiś plusów doszukiwać.

Podsumowując: kiepski film science fiction z niezłymi efektami i nieudolną próbą przekazania jakiejś głębi moralnej. Myślę że spokojnie można sobie tę produkcję odpuścić. Osobiście w filmie nie dostrzegłem niczego co byłoby warte zapamiętania.

  • Zdjęcia