Naznaczony – Insidious

No i wreszcie coś bez flaków, bez hektolitrów krwi, odpadających kończyn i tym podobnych biologicznych smaczków wyświetlanych na ekranie. James Wan, tak to ten od Piły, bynajmniej pierwszej części, nie pokazał może nic nadzwyczajnego. Powstrzymał się jednak przed karmieniem widza tryskającym keczupem i latającymi wnętrznościami.

Film można pochwalić za fabułę. Tak! Była fabuła! To ostatnio jakaś rzadkość w horroro podobnych produkcjach. Jakże byłem zaskoczony kiedy po jakiś piętnastu, może dwudziestu minutach filmu zaczęło coś się kleić.

A kleiło się przyzwoicie; Pewne małżeństwo wraz z trójką dzieci wprowadza się do nowego domu (nie, nie będzie aż tak banalnie), po niedługim czasie ich starszy syn zapada w śpiączkę, a w ich wymarzonym miejscu zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Okazuję się jednak że to nie dom jest przyczyną wszelkich niewyjaśnionych zjawisk.

Można by powiedzieć że banalnie. Ileż to już filmów było, gdzie zwyczajnie straszy, a po 120 minutach okazuje się że wystarczy spełnić zachcianki lewitującej zjawy. W Naznaczonym nic tak proste nie jest, niby duchy czegoś chcą, średnio jednak można im to dać… Na plus dla filmu, bo dzięki temu powstaje jakaś historyjka, misja niczym z egzorcyzmów no i coś na wzór pogromców duchów. Oj byli oni zabawni, chwała za role Specs’a (Leigh Whannell) i Tucker’a (Angus Sampson). Nie żeby grali jakoś wyśmienicie, wnieśli jednak troszkę pozytywnego luzu w ten cały film. Z przykrością jednak stwierdzam że Rose Byrne (filmowa Renai Lambert) w zasadzie nic nie wniosła. O ile na początku starała się ukazać rolę matki, to później jakoś z sił opadła. (@esme twierdzi, że to przez porody ;p). Cóż każdy ma prawo być zmęczony. Patrick Wilson (filmowy Josh Lambert) wczuł się zdecydowanie lepiej w swoją role ojca, jednak trudno było oprzeć się wrażeniu że czegoś w nim brakuje. Cały czas negatywnie nastawiony do wszelkich anomalii dziejących się wokół, po czym w ciągu jednej zaledwie klatki filmu zmienia punkt widzenia o 180°, wyglądało to co najmniej dziwnie. Można się tez pomylić co do głównego bohatera, Ty Simpkins (filmowy Dalton Lambert) nie pograł sobie zbyt wiele, a jeśli nawet to role miał raczej mało wymagające (nawet jak na dziecko).

Przez pewien czas miałem nawet wrażenie że to Lin Shaye (filmowa Elise Rainier) była tam najważniejsza… Chociaż w zasadzie pewnie była ;-) Wszystkich ustawiała po kątach, wiecznie miała coś do powiedzenia i jakoś wszędzie było jej pełno. Fakt, do roli nie specjalnie jest po co się przyczepiać. Wniosła troszkę powagi w całą historię – inaczej „pogromcy duchów” zabili by śmiechem.

Czy było strasznie? Cóż… i tak i nie. Przez pierwszą godzinę  jeszcze nawet tak, później całość przesiąkła troszkę i sceny stały się dość normalne, powszechne. Z minuty na minutę mniej przerażające. To raczej minus filmu, może i nadrabia samym zakończeniem, ale po co pokazywać za wiele skoro im mniej tym straszniej? Rozbawiła mnie muzyka, coś na wzór horroru z lat 60′. Być może nawet taki był zamysł, do mnie to jednak nie trafiło, a przez te dziwne dźwięki częściej miałem uśmiech na twarzy niż strach w oczach.

Film w swojej klasie dość przyzwoity, przynajmniej jeśli porówna się go do całej masy podobnych produkcji. Jeśli ktoś naprawdę lubi kino grozy to z pewnością można polecić. Niestety widz który poszukuje niezłego filmu do kina czy kanapy i kufla piwa raczej się zawiedzie.

  • Zdjęcia

Komentarze 2

  1. babka filmowa pisze:

    Widziałam już dawno, ale pamiętam, że na samym początku zapowiadał sie ciekawie (dobra obsada – Patrick Wilson!), ale po czasie jak przeciętny horror – smieszył niesamowicie (ciebie też, jak zauważyłam). Te diabły! Jak z rysunków na religii, gdy byłam dzieckiem. :) A tyle zaskakująco dobrych opinii czytałam przed seansem, dlatego się też na niego zdecydowałam, bo nie lubię pospolitych horrorów, to już zamiast nich wolę gł€pkowatą komedie ze Stillerem, czy Jasiem Fasolą. :)

  2. Mikser pisze:

    Staram się jakoś zrozumieć, że dobry horror jest ciężko zrobić. Z racji tego większość produkcji tego gatunku moim zdaniem jest bardzo kiepskich. Jak widzę coś co choćby minimalnie wychodzi ponad to, staram się coś z tego wycisnąć… niestety, realia bywają różne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.