Niestety, Chris Weitz (reżyser) nie pokazał nic nowego. Historia jakich wiele już kino widziało, temat wręcz oklepany, a i przedstawienie całości niczym nie zachwyca. Półtory godziny mocno przeciętnego filmu który z założenia miał chyba wzbudzać litość. Na mnie to zdecydowanie nie zadziałało.
Losy imigranta z Meksyku który wraz z synem szuka lepszego życia w Stanach Zjednoczonych. Rzecz jasna na terenie USA przebywa nielegalnie, łapie się więc każdego zajęcia i stara się zapewnić godziwe życie sobie i synowi. Niestety pechowe wydarzenia stawiają jego plany pod wielkim znakiem zapytania.
Ot cała historia. Nie ma w niej nic nowego, scenariusz jakich wiele wcześniej już pokazano. Brak jakiekolwiek innowacyjności, nawet najdrobniejszego zaskoczenia, czegokolwiek co widza byłoby wstanie przytrzymać przed ekranem. Scenariusz (Eric Eason) chyba jest oparty tylko na wzbudzeniu litości. Imigrant który robi wszystko dla własnego syna, emanuje miłością na kilometr i nikogo nie krzywdzi. Jednym słowem moralny wzór dla społeczeństwa. Kiedy już wszystko zaczyna się układać (istna sielanka), to niczym grom z jasnego nieba przychodzi najzwyklejszy na świecie pech. Obdarzony tym nieszczęściem nie jest niczemu winien, a i niewiele mógł zrobić. Cała postać wykreowana pod tym względem aż za dobrze, nadstawianie drugiego policzka zostało w filmie nawet przejaskrawione. Ciężko się doszukać jakiejś autentyczności zachowań głównej postaci, są momenty gdzie zaczyna być irytująco i absurdalnie.

Główną rolę zagrał Demián Bichir (filmowy Carlos Galindo). Fakt zagrał świetnie. Wytarta kurtka, poszarpana dżokejka, dżinsy no i oczywiście wąsy jak na Amigo przystało. Całość robiła z niego meksykanina jak się patrzy. Doskonale wczuł się w postać, świetnie ukazał relacje między ojcem a synem. Można by się pokusić o stwierdzenie że znacznie podciągnął film.
Muzyka w filmie (Alexandre Desplat) niestety oszczędna. Była chyba tylko dzięki scenie w klubie i spacerze z odtwarzaczem mp3. W tym przypadku potencjał został zmarnowany, sceny pozwalały na znacznie ciekawszą oprawę muzyczną. Nie potrafię zrozumieć dlaczego twórcy na tym przyoszczędzili.
Lepsze życie filmem nudnym nie jest, ciekawym niestety też nie. Ukazuje problemy imigrantów w bardzo prosty sposób, do tego jeszcze metodą wzbudzającą litość. Można bez ziewania do końca dotrwać, pozostaje jednak poczucie niedosytu i delikatnego zawodu. Duży plus za aktorstwo.
- Zdjęcia
