Notatki Filmowe

Mało profesjonalny blog filmowy ;-)

Johnny English Reaktywacja – Johnny English Reborn

Rowan Atkinson jako komik chyba się wypalił, szkoda tylko że już na etapie Jasia Fasoli. Trudno mi sobie przypomnieć czy później był jeszcze śmieszny, jedyne co pamiętam to żenady takie jak Wakacje Jasia Fasoli lub Wyścig szczurów - chociaż ten się jeszcze dało obejrzeć.

Tuż po wstępie dodam że pierwszej części przygód tytułowego English’a nie widziałem, trudno mi zatem się odnieść do kolejnej części. Nie mam zamiaru jednak tego faktu zmieniać, po reaktywacji odechciało mi się jakichkolwiek parodii z udziałem Atkinsona.

Film bazuje na debiliźmie głównego bohatera. Dla jasności, nie widzę w tym nic złego, zazwyczaj tego typu filmy są tak głupie że aż śmieszne więc docelowo spełniają swoją rolę. Niestety, kolejna część parodii Bonda wyszła nadzwyczaj kiepsko. Johnny oczywiście był przygłupawy, śmieszny niestety jakoś nie. Sceny jakby przez siłę starały się rozbawić widza, dialogi bardzo płytkie a próby wciśnięcia jakiś żartów między zdania spełzły na niczym.

Fabuła nie odbiegała niczym od całości, była równie mizerna. Chociaż to można akurat zrozumieć, nie taka rola filmu. Szkoda tylko że przez większość czasu ma się wrażenie w stylu; gdzieś już to widziałem i bynajmniej nie w Bondzie. Reżyser (Oliver Parker) czerpał inspiracje chyba z wszystkiego po trochu, wyszło z tego mocno średnie misz-masz. Troszkę efektów, troszkę idiotyzmu, masa gadżetów, dialogi nieporozumień i Rowan Atkinson w centralnym punkcie.

Chyba tylko dzięki roli głównej ten film miał się sprzedać, za nic innego pochwalić produkcji się nie da. Na plus można podać kilka troszkę zabawniejszych scen… jednak to o wiele za mało na ponad 100 minut filmu.

Generalnie strata czasu, może da się obejrzeć w szerszym gronie przy kilku drinkach, chociaż i na takie okazje są lepsze produkcje.

  • Zdjęcia

Lepsze życie – A Better Life

Niestety, Chris Weitz (reżyser) nie pokazał nic nowego. Historia jakich wiele już kino widziało, temat wręcz oklepany, a i przedstawienie całości niczym nie zachwyca. Półtory godziny mocno przeciętnego filmu który z założenia miał chyba wzbudzać litość. Na mnie to zdecydowanie nie zadziałało.

Losy imigranta z Meksyku który wraz z synem szuka lepszego życia w Stanach Zjednoczonych. Rzecz jasna na terenie USA przebywa nielegalnie, łapie się więc każdego zajęcia i stara się zapewnić godziwe życie sobie i synowi. Niestety pechowe wydarzenia stawiają jego plany pod wielkim znakiem zapytania.

Ot cała historia. Nie ma w niej nic nowego, scenariusz jakich wiele wcześniej już pokazano. Brak jakiekolwiek innowacyjności, nawet najdrobniejszego zaskoczenia, czegokolwiek co widza byłoby wstanie przytrzymać przed ekranem. Scenariusz (Eric Eason) chyba jest oparty tylko na wzbudzeniu litości. Imigrant który robi wszystko dla własnego syna,  emanuje miłością na kilometr i nikogo nie krzywdzi. Jednym słowem moralny wzór dla społeczeństwa. Kiedy już wszystko zaczyna się układać (istna sielanka), to niczym grom z jasnego nieba przychodzi najzwyklejszy na świecie pech. Obdarzony tym nieszczęściem nie jest niczemu winien, a i niewiele mógł zrobić. Cała postać wykreowana pod tym względem aż za dobrze, nadstawianie drugiego policzka zostało w filmie nawet przejaskrawione. Ciężko się doszukać jakiejś autentyczności zachowań głównej postaci, są momenty gdzie zaczyna być irytująco i absurdalnie.

Główną rolę zagrał Demián Bichir (filmowy Carlos Galindo). Fakt zagrał świetnie. Wytarta kurtka, poszarpana dżokejka, dżinsy no i oczywiście wąsy jak na Amigo przystało. Całość robiła z niego meksykanina jak się patrzy. Doskonale wczuł się w postać, świetnie ukazał relacje między ojcem a synem. Można by się pokusić o stwierdzenie że znacznie podciągnął film.

Muzyka w filmie (Alexandre Desplat) niestety oszczędna. Była chyba tylko dzięki scenie w klubie i spacerze z odtwarzaczem mp3. W tym przypadku potencjał został zmarnowany, sceny pozwalały na znacznie ciekawszą oprawę muzyczną. Nie potrafię zrozumieć dlaczego twórcy na tym przyoszczędzili.

Lepsze życie filmem nudnym nie jest, ciekawym niestety też nie. Ukazuje problemy imigrantów w bardzo prosty sposób, do tego jeszcze metodą wzbudzającą litość. Można bez ziewania do końca dotrwać, pozostaje jednak poczucie niedosytu i delikatnego zawodu. Duży plus za aktorstwo.

  • Zdjęcia

Naznaczony – Insidious

No i wreszcie coś bez flaków, bez hektolitrów krwi, odpadających kończyn i tym podobnych biologicznych smaczków wyświetlanych na ekranie. James Wan, tak to ten od Piły, bynajmniej pierwszej części, nie pokazał może nic nadzwyczajnego. Powstrzymał się jednak przed karmieniem widza tryskającym keczupem i latającymi wnętrznościami.

Film można pochwalić za fabułę. Tak! Była fabuła! To ostatnio jakaś rzadkość w horroro podobnych produkcjach. Jakże byłem zaskoczony kiedy po jakiś piętnastu, może dwudziestu minutach filmu zaczęło coś się kleić.

A kleiło się przyzwoicie; Pewne małżeństwo wraz z trójką dzieci wprowadza się do nowego domu (nie, nie będzie aż tak banalnie), po niedługim czasie ich starszy syn zapada w śpiączkę, a w ich wymarzonym miejscu zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Okazuję się jednak że to nie dom jest przyczyną wszelkich niewyjaśnionych zjawisk.

Można by powiedzieć że banalnie. Ileż to już filmów było, gdzie zwyczajnie straszy, a po 120 minutach okazuje się że wystarczy spełnić zachcianki lewitującej zjawy. W Naznaczonym nic tak proste nie jest, niby duchy czegoś chcą, średnio jednak można im to dać… Na plus dla filmu, bo dzięki temu powstaje jakaś historyjka, misja niczym z egzorcyzmów no i coś na wzór pogromców duchów. Oj byli oni zabawni, chwała za role Specs’a (Leigh Whannell) i Tucker’a (Angus Sampson). Nie żeby grali jakoś wyśmienicie, wnieśli jednak troszkę pozytywnego luzu w ten cały film. Z przykrością jednak stwierdzam że Rose Byrne (filmowa Renai Lambert) w zasadzie nic nie wniosła. O ile na początku starała się ukazać rolę matki, to później jakoś z sił opadła. (@esme twierdzi, że to przez porody ;p). Cóż każdy ma prawo być zmęczony. Patrick Wilson (filmowy Josh Lambert) wczuł się zdecydowanie lepiej w swoją role ojca, jednak trudno było oprzeć się wrażeniu że czegoś w nim brakuje. Cały czas negatywnie nastawiony do wszelkich anomalii dziejących się wokół, po czym w ciągu jednej zaledwie klatki filmu zmienia punkt widzenia o 180°, wyglądało to co najmniej dziwnie. Można się tez pomylić co do głównego bohatera, Ty Simpkins (filmowy Dalton Lambert) nie pograł sobie zbyt wiele, a jeśli nawet to role miał raczej mało wymagające (nawet jak na dziecko).

Przez pewien czas miałem nawet wrażenie że to Lin Shaye (filmowa Elise Rainier) była tam najważniejsza… Chociaż w zasadzie pewnie była ;-) Wszystkich ustawiała po kątach, wiecznie miała coś do powiedzenia i jakoś wszędzie było jej pełno. Fakt, do roli nie specjalnie jest po co się przyczepiać. Wniosła troszkę powagi w całą historię – inaczej „pogromcy duchów” zabili by śmiechem.

Czy było strasznie? Cóż… i tak i nie. Przez pierwszą godzinę  jeszcze nawet tak, później całość przesiąkła troszkę i sceny stały się dość normalne, powszechne. Z minuty na minutę mniej przerażające. To raczej minus filmu, może i nadrabia samym zakończeniem, ale po co pokazywać za wiele skoro im mniej tym straszniej? Rozbawiła mnie muzyka, coś na wzór horroru z lat 60′. Być może nawet taki był zamysł, do mnie to jednak nie trafiło, a przez te dziwne dźwięki częściej miałem uśmiech na twarzy niż strach w oczach.

Film w swojej klasie dość przyzwoity, przynajmniej jeśli porówna się go do całej masy podobnych produkcji. Jeśli ktoś naprawdę lubi kino grozy to z pewnością można polecić. Niestety widz który poszukuje niezłego filmu do kina czy kanapy i kufla piwa raczej się zawiedzie.

  • Zdjęcia

Obsługiwałem angielskiego króla – Obsluhoval jsem anglického krále

O tym pisało już tak wielu, że nic nowego nie da się wymyślić. Więc krótko, w Mikrofilmie.

Nie potrafię pojąć jednego. Dlaczego teraz jakoś tego typu filmów robi się jakby mniej? Jiří Menzel (reżyser) w pięknym stylu pokazał jak kino wyglądać powinno. Świetna gra Ivana Barneva, wręcz genialna.

Mimo niezwykłej prostoty historii wciąga, pozwala się wczuć, zwyczajnie genialnie. Zdecydowanie godne polecania. Chociaż film stał się już chyba obowiązkową pozycją każdego kinomaniaka.

Tylko ja zawsze z takimi klasykami jestem gdzieś w tyle…

W Dolinie Elah – In the Valley of Elah

Film wyreżyserował Paul Haggis (Zakazany rytm, Miasto gniewu, Dla niej wszystko), biorąc więc pod uwagę jego wcześniejszy dorobek można się spodziewać dobrego kina. W dolinie Elah może nie dorównuje takiej produkcji jak Crash, zwyczajnie nie ma tej głębi i przekazu. Daje się jednak zauważyć że Haggis dobrze się czuje w dramatach, jego filmy utrzymywane są w świetnym klimacie, może troszkę telewizyjnym, ale czy to źle? Pierwsze co mi przychodzi do głowy to dwójkowe (TVP2) nocne kino. To właśnie późną nocą telewizja publiczna lubi serwować tego typu perełki, nieco stonowane z najlepszymi aktorami w rolach głównych.

I w tym przypadku podobnie, w roli głównej Tommy Lee Jones jako Hank Deerfield. Z marszu można powiedzieć że zagrał wyśmienicie, no ale w jego przypadku to chyba nic dziwnego. Do Charlize Theron (detektyw Emily Sanders) również nie można się doczepić, było bardzo dobrze, świetnie wczuła się w role, cała postać nieźle wykreowana. Susan Sarandon (filmowa Joan Deerfield) to już legenda, grała oczywiście na najwyższym poziomie, szkoda że w filmie nie było jej zbyt wiele. Jednym słowem film doskonale zagrany, ale też z taką obsadą trudno aby było inaczej.

Historia nie jest jakaś powalająca, innowacyjna, można powiedzieć że scenariusz jakich wiele. O wojnie w Iraku zrobiono już tyle filmów że coraz trudniej to zliczyć. Film co prawda o samej wojnie nie jest, jednak znacząco o nią zahacza.

Hank Deerfield jest weteranem wojennym, jego syn (Mike) służy w Iraku. Pewnego dnia Hank dostaje telefon z informacją że Mike nie wrócił do bazy i wkrótce zostanie uznany za dezertera. Ojciec postanawia rozpocząć prywatne śledztwo, wszystko jednak wskazuje na to że jego syn został zamordowany.

Film oparty na faktach, trudno tylko wyczuć w jakim stopniu oparty, w każdym razie cała historia nabiera wtedy troszkę innego znaczenia. Doświadczony życiem ojciec postanawia za wszelką cenę odnaleźć syna, zaczyna więc od rozmowy z dawnymi przyjaciółmi, stara się dowiedzieć najwięcej jak się da. Z początku stoi na przeszkodzie biurokracja, jednak z pomocą pani detektyw (Emily Sanders) udaje się tą barierę jakoś pokonać. Hank sprawia wrażenie bardzo opanowanego człowieka, ze stoickim spokojem jeździ od baru do baru pytając o Mike’a. Z początku troszkę to dziwi, później pewne wyjaśnienia sporo tłumaczą, całość staje się dość naturalna. Jest więc ojciec wykreowany na bardzo mądrego, opanowanego, który od początku do końca wie co robi. Są momenty w filmie gdzie można odnieść wrażenie że Hank jest nieomylny, dość szybko jednak to poczucie znika wraz z kolejnymi wydarzeniami.

Pani detektyw to z kolei samotna matka, raczej nie lubiana przez kolegów ze względu na drogę kariery. Szybko jednak potrafi postawić na swoim, pokazać że nie jest gorsza od innych, bierze całe śledztwo na siebie i radzi sobie jak tylko może. Postać Charlize Theron mogła być troszkę lepiej wykreowana, wydaje się być dość standardowa, taka sobie pani policjant jakich wiele w wielu filmach. Można więc odnieść wrażenie że scenarzysta (również Paul Haggis) nie poświęcił jej zbyt dużo uwagi, troszkę szkoda. Była ważną postacią w filmie, warto więc było włożyć troszkę więcej wysiłku w jej rolę.

Nie wybaczyłbym sobie gdybym nie wspomniał o Joan Deerfield (Susan Sarandon), żona Hank’a. Nie było jej w filmie wiele, właściwie tylko krótkie sceny podczas rozmów telefonicznych, to jednak wystarczyło aby ukazać matkę która traci kolejnego już syna. Z początku opanowana, jakby godziła się z losem z czasem jednak sama zaczyna szukać winnego i coraz mniej radzi sobie z sytuacją jaka ją spotkała.

Pozostałe role zagrane nienagannie, bardzo dobrze ukazane, głównie są to wojskowi lub policjanci. Wszystko jakby troszkę wypośrodkowane, nikt nie jest tyranem, nikt też świętym. Nawet zaginiony syn z czasem zostaje pokazany w gorszym świetle i mimo że był zasłużonym żołnierzem można o nim usłyszeć wiele złego.

Film wspomina oczywiście sam Irak, rzecz jasna w nie najlepszym świetle, o problem wojny zahacza jednak na tyle zmyślnie że nie przesącza tym całej fabuły i w jasny sposób daje do zrozumienia, że nie o wojnie jest ta historia. Cały motyw z Iraku odgrywa jakby role tłumaczenia zachowań żołnierzy, trudno jednak nie odnieść wrażenia że reżyser chciał przemycić w filmie troszkę więcej niż tylko alibi dla charakterów żołnierzy.

W mojej ocenie Paul Haggis doskonale sobie z tematem poradził, film posiada świetny klimat, jest zrobiony bardzo profesjonalnie. Raczej nie zapadnie na długo w pamięci, jednak trudno się oprzeć wrażeniu że to porządne amerykańskie kino. Sama historia nie powala na kolana, jednak jej przedstawienie jest bardzo dobre i znacząco podciąga całą produkcje. Obsada oczywiście przyciąga, muzyka (Mark Isham) jest świetnie wpasowana, momentami nawet przeszywająca.

Z pewnością kino warte poświęconego czasu.

  • Zdjęcia

A Lonely Place To Die

Brytyjski thriller, (film akcji?) na całkiem niezłym poziomie. Na samym wstępnie naprawdę niezła muzyka, świetne ujęcia szkockich gór, no i tytuł, trzeba przyznać dość chwytliwy.

Pierwsze wrażenie naprawdę bardzo dobre, później całość troszkę opada, nie jest jednak źle. Na początku oglądamy zdjęcia szkockich gór, ludzi wiszących na linach setki metrów nad ziemią. Sporo wysiłku, masa całego osprzętu do wchodzenia, czy też schodzenia z niemalże pionowych ścian. Wstęp wprawia więc w pewien nastrój, rzuca trochę światła na klimat filmu. Tutaj można się jednak nieco pomylić, w filmie zobaczymy coś więcej niż tylko wspinaczkę czy historię przyjaźni kilku osób.

Zaczyna się zwyczajnie, grupa alpinistów wspina się w górach. Wkrótce docierają do górskiej chaty, a tam dołączają kolejne osoby. Podczas dalszej wędrówki przez górzysty teren znajdują zakopaną w ziemi skrzynie… w skrzyni mała Annę.

W tym momencie zaczyna się właściwa historia. Nietrudno się domyślić że cała grupa postanawia Annie pomóc, są nawet dość zgodni co do podjętej decyzji. Sytuacja nie jest łatwa, teren w którym się poruszają nie należy do najłatwiejszych a dziewczynka jest wycieńczona i znacznie spowalnia grupę. Tu jednak cały dramatyzm dopiero się zaczyna. Anna nie mówi po angielsku więc nikt nie jest wstanie się z nią porozumieć. W zasadzie jedyne co powiedziała to własne imię. Jakby tego było mało okazuje się że odnaleziona Anna jest niezwykle cenna dla pewnych ludzi, na tyle cenna że są oni gotowi dla niej zabić. Zaczyna się więc swoista walka o przetrwanie, przetrwanie w trudnym terenie z małą Anną.

Przez długi czas nie wiadomo o co dokładnie w filmie chodzi, dwoje ludzi ściga grupę alpinistów którzy starają się pomóc Annie, nie ma jednak wyjaśnienia dlaczego ktoś jest gotów zabić za dziecko które znaleźli. Bohaterowie całej historii również starają się jakoś nad tym nie zastanawiać a ich głównym celem jest wezwanie pomocy. Najbliższa wioska wcale jednak nie jest tak blisko, a droga do niej jest nadzwyczaj trudna, w zasadzie z dzieckiem wręcz nie do pokonania. Wszyscy robią więc co tylko mogą aby dostać się do wioski, jednocześnie walcząc o życie własne i Anny, mamy więc zabawę w łowcę i zwierzynę.

Całość ogląda się naprawdę przyzwoicie, brakuje może jakiś kontrastów między postaciami, wszyscy zdają się być do siebie niezwykle podobni, są dość zgodni, a prócz ironicznego dogryzania sobie na wzajem większe konflikty się nie pojawiają. Trzeba przyznać, że da się w filmie odnaleźć pewną naturalność, wszystko wygląda niczym z dokumentu, z trudem w całej historii daje się odnaleźć jakieś absurdalne decyzje, bezsensowne sprzeczki i tym podobne wypełniacze których w tego typu produkcjach zazwyczaj nie brakuje. W ciągu całego filmu jest kilka znaczących zwrotów akcji, troszkę wyjaśnień, ale też masę pytań, scenarzyści niewiele podali na tacy.

A Lonely Place To Die trzyma w napięciu, z pewnością nietrudno dotrwać do końca, w filmie cały czas coś się dzieje. Zdjęcia ukazują piękno szkockich gór, muzyka dopełnia całość, fakt mogłaby być nieco lepsza. Można by się doczepić do kilku ujęć niczym z horroru, chyba zbędny efekt, nic nie wnosi a troszkę wybija z tropu. Głowni bohaterowie nie wydają się być z sobą bardzo związani, to troszkę działa na minus, brakuje szczegółowego wykreowania postaci.  Na szczęście takich błędów w filmie niewiele, giną dość szybko na tle całości.

Film z pewnością jest wart poświęconego czasu, odbiega troszkę schematem od tego typu produkcji, to jednak działa tylko na plus. Warto zobaczyć chociażby dla  całkiem niezłych zdjęć i dość przyjemnej muzyki.

  • Zdjęcia