Film wyreżyserował Paul Haggis (Zakazany rytm, Miasto gniewu, Dla niej wszystko), biorąc więc pod uwagę jego wcześniejszy dorobek można się spodziewać dobrego kina. W dolinie Elah może nie dorównuje takiej produkcji jak Crash, zwyczajnie nie ma tej głębi i przekazu. Daje się jednak zauważyć że Haggis dobrze się czuje w dramatach, jego filmy utrzymywane są w świetnym klimacie, może troszkę telewizyjnym, ale czy to źle? Pierwsze co mi przychodzi do głowy to dwójkowe (TVP2) nocne kino. To właśnie późną nocą telewizja publiczna lubi serwować tego typu perełki, nieco stonowane z najlepszymi aktorami w rolach głównych.
I w tym przypadku podobnie, w roli głównej Tommy Lee Jones jako Hank Deerfield. Z marszu można powiedzieć że zagrał wyśmienicie, no ale w jego przypadku to chyba nic dziwnego. Do Charlize Theron (detektyw Emily Sanders) również nie można się doczepić, było bardzo dobrze, świetnie wczuła się w role, cała postać nieźle wykreowana. Susan Sarandon (filmowa Joan Deerfield) to już legenda, grała oczywiście na najwyższym poziomie, szkoda że w filmie nie było jej zbyt wiele. Jednym słowem film doskonale zagrany, ale też z taką obsadą trudno aby było inaczej.
Historia nie jest jakaś powalająca, innowacyjna, można powiedzieć że scenariusz jakich wiele. O wojnie w Iraku zrobiono już tyle filmów że coraz trudniej to zliczyć. Film co prawda o samej wojnie nie jest, jednak znacząco o nią zahacza.
Hank Deerfield jest weteranem wojennym, jego syn (Mike) służy w Iraku. Pewnego dnia Hank dostaje telefon z informacją że Mike nie wrócił do bazy i wkrótce zostanie uznany za dezertera. Ojciec postanawia rozpocząć prywatne śledztwo, wszystko jednak wskazuje na to że jego syn został zamordowany.
Film oparty na faktach, trudno tylko wyczuć w jakim stopniu oparty, w każdym razie cała historia nabiera wtedy troszkę innego znaczenia. Doświadczony życiem ojciec postanawia za wszelką cenę odnaleźć syna, zaczyna więc od rozmowy z dawnymi przyjaciółmi, stara się dowiedzieć najwięcej jak się da. Z początku stoi na przeszkodzie biurokracja, jednak z pomocą pani detektyw (Emily Sanders) udaje się tą barierę jakoś pokonać. Hank sprawia wrażenie bardzo opanowanego człowieka, ze stoickim spokojem jeździ od baru do baru pytając o Mike’a. Z początku troszkę to dziwi, później pewne wyjaśnienia sporo tłumaczą, całość staje się dość naturalna. Jest więc ojciec wykreowany na bardzo mądrego, opanowanego, który od początku do końca wie co robi. Są momenty w filmie gdzie można odnieść wrażenie że Hank jest nieomylny, dość szybko jednak to poczucie znika wraz z kolejnymi wydarzeniami.
Pani detektyw to z kolei samotna matka, raczej nie lubiana przez kolegów ze względu na drogę kariery. Szybko jednak potrafi postawić na swoim, pokazać że nie jest gorsza od innych, bierze całe śledztwo na siebie i radzi sobie jak tylko może. Postać Charlize Theron mogła być troszkę lepiej wykreowana, wydaje się być dość standardowa, taka sobie pani policjant jakich wiele w wielu filmach. Można więc odnieść wrażenie że scenarzysta (również Paul Haggis) nie poświęcił jej zbyt dużo uwagi, troszkę szkoda. Była ważną postacią w filmie, warto więc było włożyć troszkę więcej wysiłku w jej rolę.

Nie wybaczyłbym sobie gdybym nie wspomniał o Joan Deerfield (Susan Sarandon), żona Hank’a. Nie było jej w filmie wiele, właściwie tylko krótkie sceny podczas rozmów telefonicznych, to jednak wystarczyło aby ukazać matkę która traci kolejnego już syna. Z początku opanowana, jakby godziła się z losem z czasem jednak sama zaczyna szukać winnego i coraz mniej radzi sobie z sytuacją jaka ją spotkała.
Pozostałe role zagrane nienagannie, bardzo dobrze ukazane, głównie są to wojskowi lub policjanci. Wszystko jakby troszkę wypośrodkowane, nikt nie jest tyranem, nikt też świętym. Nawet zaginiony syn z czasem zostaje pokazany w gorszym świetle i mimo że był zasłużonym żołnierzem można o nim usłyszeć wiele złego.
Film wspomina oczywiście sam Irak, rzecz jasna w nie najlepszym świetle, o problem wojny zahacza jednak na tyle zmyślnie że nie przesącza tym całej fabuły i w jasny sposób daje do zrozumienia, że nie o wojnie jest ta historia. Cały motyw z Iraku odgrywa jakby role tłumaczenia zachowań żołnierzy, trudno jednak nie odnieść wrażenia że reżyser chciał przemycić w filmie troszkę więcej niż tylko alibi dla charakterów żołnierzy.
W mojej ocenie Paul Haggis doskonale sobie z tematem poradził, film posiada świetny klimat, jest zrobiony bardzo profesjonalnie. Raczej nie zapadnie na długo w pamięci, jednak trudno się oprzeć wrażeniu że to porządne amerykańskie kino. Sama historia nie powala na kolana, jednak jej przedstawienie jest bardzo dobre i znacząco podciąga całą produkcje. Obsada oczywiście przyciąga, muzyka (Mark Isham) jest świetnie wpasowana, momentami nawet przeszywająca.
Z pewnością kino warte poświęconego czasu.